C1R10

„Szczwany”


Egoistyczne pragnienie utrzymania pokoju doprowadza do wojen.

– Madara –


Christoph po raz kolejny poczuł dziwny, zimny dreszcz przebiegający po całym jego ciele. Włoski na przedramionach zjeżyły się, a ciarki na plecach na chwilę sparaliżowały kręgosłup. Nie mógł się poruszyć przez co najmniej pół minuty – zupełnie tak, jakby z jego stóp wyłoniły się korzenie wrastające w zielony trawnik. Palce prawej dłoni zaciśnięte miał na metalowym uchwycie garnka, w którym niósł resztki ze stołu zmieszane z karmą. Czując chłód metalu na skórze, myślał między innymi o tym, że jego ręka znowu będzie śmierdzieć psim żarciem.
Zest, biszkoptowy fila brasilerio należący do sąsiada, wywąchawszy z daleka jedzenie, przebudził się z popołudniowej drzemki. Jakby cały dzień robił cokolwiek innego niż spał, pomyślał Chris, czekając, aż zwierzę wygramoli się z przygotowanego mu legowiska. W końcu wyłoniło się zza uchylonych drzwi szopy, w której mieszkało na czas nieobecności swojego prawowitego właściciela. Chris zdawał sobie sprawę z tego, że komórka na narzędzia ogrodnicze, z których jeszcze nikt nigdy nie skorzystał, na dwie noce stała się najlepszą psią budą, jaką czworonożny pieszczoch, który na co dzień przywiązywany był do drzewa, mógłby sobie tylko wymarzyć. Gorzej, że wszędzie wokół niego unosiły się żółtawe włoski, a specyficzny zapach wdzierał się do nosa, wywołując atak kichania nawet u Chrisa. A przecież nigdy nie trapiły go żadne alergie.
Przez głowę Warrena przeszła dziwaczna myśl, że pies był zdegustowany faktem, iż miska z jedzeniem nie została podana mu pod sam pysk, co tłumaczyłoby w jakiś sposób, czemu poruszał się tak ociężale, gubiąc się przy tym w charakterystycznym dla swej rasy inochodzie. Zest, zobaczywszy chłopaka, również przystanął. Kiwał głową na boki, jak to psy mają w zwyczaju, kiedy chcą przyjrzeć się czemuś dokładnie. Po chwili usiadł, podwijając ogon pod zad, by nagle z impetem wstać i cofnąć się z powrotem do szopy. Chris z wnętrza komórki słyszał wyraźne popiskiwania i ten właśnie dźwięk przebudził go z letargu. Powoli podszedł do wejścia i otworzył na oścież drewniane skrzydło. Jego oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności, jakie serwowała mu drewniana buda bez okien. Myśląc o budzie, wcale nie miał na uwadze psa i uśmiechnął się pod nosem, zdając sobie sprawę z myślowego zbiegu okoliczności. Zest leżał w swoim legowisku stworzonym specjalnie dla niego ze starej poduszki wypchanej czymś, co z wyglądu przypominało watę, choć w dotyku było bardziej szorstkie. Chłopak chwilę się zastanawiał nad nazwą dla tego dziwnego czegoś, co wypełniało żółtą poszewkę z nadrukiem zielonych i niebieskich słoni. Wspomnienie z dzieciństwa skutecznie wyparło z jego głowy myśl na temat sztucznego puchu.
Chris chwycił za grabie i przyciągnął nimi pustą miskę psa. Wolał nie ryzykować, podchodząc do niego, kiedy ten powarkiwał w jego kierunku między ariami skomleń i dziwnych pojękiwań. Chłopak nie miał pojęcia, dlaczego Zest zachowywał się tak, a nie inaczej, tym bardziej, że przecież się tolerowali. O ile pies nigdy nie darzył swego sąsiada szczególną sympatią, o tyle dla wszystkich innych był wyjątkowo miły i od czasu do czasu nawet dawał się pogłaskać za przysmak. Warren nieszczególnie cierpiał z tego powodu, choć gdy przychodziło co do czego, zajmowało mu chwilę, aby zastanowić się nad tym, co mogło sprawiać, że zwierz nie przepadał właśnie za nim.
– No masz! Weź to i jedz. – Podsunął mu napełnioną jedzeniem miskę pod nos, jednak Zest nawet jej nie powąchał.
Jakby nie było, Christoph nie miał czasu ani tym bardziej zamiaru, by przekonywać psa, że jego micha wypełniona jest łakociami. Po pierwsze, spieszył się nieco, a po drugie, mimo wszystko szanował zwierzęta, więc nie miał zamiaru oszukiwać psa na temat podanej mu karmy. Gdy przyszło do wyciągnięcia jej z puszki, Chris odczuł wtedy dziwną potrzebę zwymiotowania i wiedział, że jego rzygi na pewno pachniałyby lepiej niż „Doggito” z kurczaka.

(o)

– Lee, tysiąc siedemset sześćdziesiąt pięć, a świat… ciągle zero. – Zachichotała, ukazując wszystkim swój śnieżnobiały uśmiech.
Alex patrzył na to wszystko z boku, kompletnie bagatelizując koleżankę. Miał świadomość, że w ostatnich kilkunastu latach dzięki niej właśnie statystyki mieszkańców willi, a więc także i jego, znacznie się polepszyły, jeśli chodziło o „pracę”, w której odnajdywali się najlepiej. Siedział w skórzanym pikowanym fotelu, dręcząc drobne guziczki w zagłębieniach swymi długimi paznokciami. Niewtajemniczeni nazwaliby to dziwnym, żeby taki przystojny, młody człowiek jak on miał tak długie i kobieco przycięte paznokcie. Dokładnie tak ktoś mógłby pomyśleć, ale nie jego współmieszkańcy. Oni wiedzieli, że to nie są zwykłe paznokcie, tylko pazury. Piekielnie ostre, niczym japońskie masahiro, szpony mogące zadawać potężne obrażenia u wrogów, choć zwykle służyły mu do wydłubywania ze szczelin miedzy zębami resztek po obiedzie. W końcu na co komu wykałaczka, kiedy ma się do dyspozycji czterocentymetrowe, nieskazitelnie czyste, niełamiące szpony.
– Przestałabyś się chwalić byle osiągnięciem i zajęła czymś na poważnie – rzucił Alex w kierunku zadowolonej z siebie Lee.
Mina jej zrzedła, choć nie okazała tego, iż jego uwaga ją uraziła. Zwykle miała w nosie tego typu zaczepki, ale w ostatnim czasie były one niczym niekończące się natręctwo. Alex czepiał się prawie wszystkiego. A to jedna z zasłon nie była zaciągnięta tak jak druga. Drugim razem dręczyła go brudna podłoga, bo naniosła odrobinę błota na jasne kafle. Ignorowała go, choć kiedy zaczął wchodzić na temat jej znajomości z Korą, zaczynała tracić cierpliwość.
– Rozumiem, że jesteś samotny po stracie chłopaka, ale nie wyżywaj się na mnie z tego powodu – powiedziała spokojnie.
Zauważyła, jak Alex zacisnął palce obu rąk w pięści na tyle mocno, że ostre pazury powinny przeciąć skórę wewnątrz jego dłoni. Nic takiego się jednak nie stało. Co jak co, ale umiała odpowiedzieć ogniem na atak, a najlepszym sposobem na zniszczenie mocno zgryźliwego humoru swego kolegi było poruszenie tematu jego orientacji seksualnej. Oboje – zarówno Lee jak i Alex – wbijali gole do tej samej bramki, ale to właśnie do niej lgnęła stanowcza większość potencjalnych adoratorów i nigdy nie musiała się o to zbyt mocno starać. W przeciwieństwie do Alexa. Fakt, w ich świecie znacznie łatwiej o ciepłą partię niż w świecie zwyczajnych śmiertelników, aczkolwiek i to nie było mu na rękę. A ponadto ostatnimi czasy w domu nie było bardziej drażliwego tematu niż ten dotyczący Chrisa i nieudolnej próby zwerbowania go do szeregów bractwa. Dziwnym trafem Alex, który nieszczególnie przepadał za tym chłopakiem, przejawiał największą wściekłość, że nic z tego nie wyszło, a poniekąd była w jego reakcji nawet odrobina żalu, którego nikt nie potrafił wyjaśnić. W końcu kto o zdrowych zmysłach tęskniłby za „pryszczem na tyłku”, a takim mianem właśnie Alex określał Warrena.
Loyeh szybko dodała do siebie wszelkie symptomy i postawiła diagnozę, której wcześniej nie wyjawiła nikomu na głos.
– To było coś więcej – rzucił Alex zawzięcie, za późno zdając sobie sprawę z zaplatającej się na jego szyi pętli. – Nie to miałem na myśli – dopowiedział prędko.
– Przyznaj się! Lecisz na niego… – Kobieta zaopiniowała wesoło, co go jeszcze bardziej rozjuszyło.
– Nie mam zamiaru prowadzić z tobą takiej dyskusji.
– Czyli jednak! Wiedziałam – zaśmiała się Lee i w tej samej chwili poczuła, jak jej stopy odrywają się od ziemi.
Alex był szybki. Chyba najszybszy ze wszystkich otaczających go ludzi. O ile siła przybywała z wiekiem, sprawność fizyczna była kwestią wytrenowania, a on był dobry w sportach. Bardzo dobry. Nim Lee zdążyła się obejrzeć, on już stanął przy niej, chwytając ją mocno za gardło i unosząc na kilkanaście centymetrów nad ziemię, przyparł ją do przeciwległej ściany. Spojrzała na niego z uznaniem, które szybko przerodziło się w coś, co trudno było sprecyzować. Wyraz jej twarzy sprawił, że z ciała Alexa uszły wszelki siły. Opuścił ją z powrotem na ziemię, po czym klęknął u jej stóp, próbując złapać gubiony oddech. Lee obeszła go i stanęła za jego plecami. Położyła stopę w bucie na wysokim obcasie na jego krzyżu i pchnęła go z taką siłą, że ręce i nogi załamały się pod naporem jej mocy. Położył się płasko na zimnych panelach z litego drewna dębowego. Czuł jak szpilka – obcas jej buta – wbija się w jego ciało,  a następnie ustępuje.
– Nie podskakuj, maleńki, bo możesz źle skończyć – powiedziała spokojnym głosem, powoli i wyraźnie, mając nadzieję, że zrozumiał wszystko tak, jak powinien.
Tak… Alex był szybki, jednak nie szybkość dawała komukolwiek przewagę. Nie była to też siła, choć Loyeh jej nie brakowało. Ponad wszystko, liczyła się ranga, a czego Alex by nie robił, w tym stadzie zawsze będzie betą. Lee natomiast miała w sobie więcej wszystkiego i to czyniło ją wyjątkową. Mimo że dla obojga Aiden był alfą, to jej uprzywilejowany status był niemal równy szefowi. Jakby nie było, Alex musiał jej ustępować i to wkurzało go jeszcze bardziej. Zdawał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Otóż, żeby zająć jej miejsce w hierarchii, musiała nie tylko odejść, ale zniknąć całkowicie. Tak… Alex Landon po cichu planował, jak się jej pozbyć – jak zabić Lameneanse.

(o)

– No… gadaj…
– Ale o czym?
Brian wiercił się na swoim krześle, przez co wokół ich biurka w bibliotece słychać było ciche skrzypienie drewna. Zastanawiał się jak zmusić kolegę, by zaczął w końcu mówić o tym, co ciekawego mu się przytrafiło po imprezie, z której niepostrzeżenie się ulotnił. Na jego nieszczęście, Alex zdawał się woleć zatrzymać dla siebie wszelkie szczegóły. Evler poniekąd rozumiał decyzję Chrisa, sam wolałby zachować dla siebie niektóre z nich, jak na przykład fakt, że z baru wyszedł w towarzystwie przystojnego nieznajomego… Z drugiej jednak strony denerwował go stoicyzm kumpla, który udawał, że w przeciągu kilku dni nieobecności nie wydarzyło się nic szczególnie ważnego, o czym można by wspomnieć chociaż słowem. Fakt, Brian nie zadowoliłby się zwykłym: „było ekstra”, ale nawet tyle byłoby miło usłyszeć.
 – Nie patrz tak na mnie. Nie mam pojęcia o czym mówisz, więc przestań robić to dziwne coś z oczami, bo sprawiasz, że zaczynam się czuć bardzo niekomfortowo w twoim towarzystwie…
Brian przestał mierzyć go spojrzeniem, co w jego wykonaniu było bardzo wymowne, gdyż mrużył oczy, a te praktycznie znikały za gęstymi brwiami. Wyglądał wtedy bardzo demonicznie. Po dłuższej chwili przyglądania się koledze, Evler uznał, że, choć to niepokojąco dziwne, to jednak jego przyjaciel naprawdę nie pamiętał niczego z przeciągu tych kilku dni. W jego głowie zaczęła krążyć masa różnych myśli, które podsuwały jego wyobraźni najprzeróżniejsze scenariusze na to, co mogło się wydarzyć i, mimo że zaniechał prób dowiedzenia się czegokolwiek, wcale nie przestał sie zastanawiać nad bardzo dziwną sprawą, w którą niewątpliwie wplątany został Chris. Obmyślał różne plany wyjaśnienia tego, choć zwykle rezygnował z każdego w ostatniej chwili, stwierdzając, że to najgłupszy z jego pomysłów. Jego podejrzenia i czujność stały się jeszcze ostrzejsze, kiedy kilka dni później, wydawało mu się, zobaczył obserwującego ich mężczyznę wyjątkowo mocno podobnego do tego z klubu. W zasadzie… był pewien, że to ta sama osoba, bo jako specjalista od męskiej urody, zdawał sobie sprawę, że o takiej twarzy się szybko nie zapomina.


8 komentarzy:

  1. Moj komentarz sie nie dodał?! Jak to?! Co to ma znaczyć?! Zgłaszam skargę ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wciąż czekam ;) Niech ten twój mega komć urwie mi ściągacze w skarpetkach :D

      Usuń
  2. Jestem :)
    Pierwszy fragment mi sie podobał, mimo ze na poerwszy rzut oka wydawał się nie do konca uzasadniony, a rownież troche urwany w polowie. Niby dlaczego Chris az tak miałby interesować sie psem i tym, co ten je? A jednak było w tym cos uroczego, a po drugie podejrzewam, ze wiąże sie to z jego nowymi nocami.
    Druga czesc tez mi siepodobala, choc była troche chaotyczna, bo przedstawiła bardziej Alexa. Nie spodziewałabym sie, ze chce zabić Lee. Ze az tak zalezy mu na pozycji. Az do konca tego fragment wydawało mi sie, ze on mimo dpcinków ja lubi, a juz na pewno szanuje. A tu taka akcja... troche to zmienia na "nie" moja opinie wobec niego
    Co do ostatniego fragmentu, mysle, ze był najgorszy, ponieważ nie zdążył sie rozkręcić, a został przerwany. Naprawdę w samym srodku mysli, takie miałam wrażenie. Ale z pewnością niepokojąca jest amnezja Chrisa
    No i ciekawe, czy alexowi naprawdę podoba sie Warren.
    Stylistycznie i interpunkcyjne jest coraz lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Szczerze mówiąc, nie miałem pomysłu na zakończenie. Rozdziały są coraz krótsze, a nieszczególnie podoba mi się taki stan rzeczy. Wolę, kiedy każda z części ma te 2k znaków, przynajmniej. Z czym, i tak, coraz trudniej mi sobie poradzić. Ostatnie zdanie miało robić za cliffhanger, ale średnio wyszło, zdaję sobie z tego sprawę.

      Co do interpunkcji, dzięki. Przekaże swej becie haha

      Usuń
    2. Hm, wlasciwie najważniejsza jest jakość, a nie ilośc, ale jak cos rób wrażenia urwanego nie do konca w momencie, gdy sie rozwinęło... :p moze cześciowo wiąże sie to z tym, ze ja ciekwaska jestem i chciałabym wiecej wiedzieć :D zapraszam na nowosc na Niezaleznosc i pozdrawiam

      Usuń
    3. A mnie tam wydało się to dobrym posunięciem :P

      Usuń
    4. Kiedy nowosc?:) stęskniłam sie za bractwem ,)

      Usuń
    5. Plus posiadania bloggera jest taki, że mając telefon zawsze przy sobie, mogę odpowiadać na komentarze, bo te przychodzą do mnie w powiadomieniach mejlem :D

      BY na razie przechodzi problemy egzystencjalne. Myślę nad kolejną reedycją treści, bo wiele fragmentów jest niedopracowanych, a miejscami pisałem mocno na siłę, co widać i nie jest to ładne. Poprawki... Bardzo nie chcę ich robić na aktualnym laptopie, bo zaczyna mocno szwankować, a nie wiem, kiedy dorobię się nowego.

      W międzyczasie, kiedy myślę nad sensem istnienia BY (które chcę kiedyś ukończyć), na telefonie powstaje zupełnie inny twór. Prawdopodobnie pokażę nową historię na blogu raven-wing.blogspot.com (gdzie znajduje się więcej moich "światków"), a pozostałe dwa w przyszłości przestaną funkcjonować. Tak sądzę...

      Jakby nie było. Mam nadzieję napisać jeszcze kilka rozdziałów BY, by zamknąć pierwszą część (chyba cztery pozostały do końca). Ale nie wiem, kiedy znajdę siłę i chęci na skończenie tego.


      No... Długie to wyszło... XD

      Usuń