C1R8

„Filuterny” 


Żeby kogoś kontrolować,
należy zręcznie manipulować ciemną stroną jego jaźni.

– Tobi –


Lee krążyła po salonie, starając się uspokoić. Nie mogła. Zawsze przejmowała się problemami innych, często nawet bardziej niż ci, których one bezpośrednio dotyczyły. Nawet jeśli jakaś sprawa w istocie nie była wcale poważna, kobieta w głowie układała rozwiązania dla najgorszych scenariuszy. Trzeba było przyznać, że to całkiem przemyślane działanie. Kiedy okazywało się, że rozwój wydarzeń nie rzutował najlepiej, zawsze była na to przygotowana. Tym razem coś było inaczej. Coś definitywnie jej nie pasowało „w sprawie Chrisa”, jak zaczęli nazywać to, co wydarzyło się w bunkrze. Choć Kōra przedstawił swój punkt widzenia, czuła, że stoi za tym coś jeszcze, o czym jej przyjaciel nie wspomniał na forum. Chciała dopytać, jednak nagłe pojawienie się Alexa pokrzyżowało jej plany. Nie chciała rozmawiać, wiedząc, że ten na pewno podsłuchałby ich rozmowę. Ukrywanie się przed nim także nie wchodziło w grę. Kobieta spodziewała się, że wywołałoby jedynie falę podejrzeń, co w połączeniu z ognistym temperamentem Alexa poskutkowałoby zapewne jakimś konfliktem.
Pożegnała starego kompana i wróciła do reszty, gdzie wśród przyjaciół Alex szukał odpowiedzi na dręczące go pytania. Po kilku nieudanych próbach wyciągnięcia informacji od kumpli zwrócił się do Loyeh.
– To inaczej… Lee, kim był ten facet, co go odprowadzałaś do drzwi? Dziwnie mu z oczu patrzy, a jak wszyscy wiemy, przeczucie to ważna rzecz w naszym życiu. – Klasnął w dłonie, wyrywając Lenę z zamyślenia. Dziewczyna aż podskoczyła, wypuszczając z dłoni srebrne pióro wieczne, którym się bawiła. Kobieta usiadła niewzruszona i zanim powiedziała cokolwiek, pozwoliła sobie wpierw znaleźć najwygodniejsza pozycję. – Więc? – ponaglił ją.
– To mój stary przyjaciel – odpowiedziała, nie spuszczając oczu ze swoich paznokci. Wyciągnęła dłonie przed siebie, przyglądając się im uważnie. – Cholera… – rzuciła pod nosem na myśl, że powinna poświęcić chwilę i zadbać o prawidłową pielęgnację rąk i paznokci.
– A coś więcej? – dodał przez zaciśnięte zęby jej rozmówca. Wyczuła w jego słowach ukrytą wrogość, choć może nie do końca starał się to tuszować. A nawet jeśli, robił to bardzo nieumiejętnie. Wstała z zajmowanego miejsca na pikowanej, obitej welurem sofie i podeszła do jego fotela. Stanęła obok i nachyliła się tak, by informacja, którą chciała mu przekazać, trafiła wyłącznie do jego uszu.
–  Jak wspomniałam, to był mój przyjaciel, nie twój ani nikogo innego z tu zebranych. Nie interesuj się. – Poklepała go po piersi, zapominając o tym, że nieźle oberwał i mogło mu to sprawić nieco bólu.

(o)

Aiden spacerował spokojnie po ogrodzie, próbował rozkoszować się pogodą. Świeże powietrze dobrze na niego działało – pomagało się uspokoić, a tego potrzebował najbardziej.
Lata doświadczenia, ogromna wiedza i spryt, którego pozazdrościć mógłby mu niejeden, sprawiały, że mężczyzna jeszcze bardziej nie mógł, ot tak, porzucić rozczarowującej myśli, że skrzętnie ułożony przez niego plan nie miał prawa wypalić. Nie rozumiał, jak to w ogóle było możliwe, że przez cały czas, który poświęcił na obserwację, nie zauważył wcześniej w Christophie tego, co Kōrze udało się w chwili, kiedy tylko zobaczył tego dzieciaka na własne oczy. Fakt, lis był sporo starszy, choć wygląd skutecznie to maskował, niemniej jednak on sam powinien umieć rozpoznać prawdziwą moc. Nie wyszło, kolejny raz.
– Kurwa! – wyrzucił z siebie. Rycząc głośno, chciał pozbyć się natrętnej myśli, że kolejny raz poległ, a czasu pozostawało coraz mniej...
Takiej złości nie czuł już dawno. Wściekłość zawładnęła nim pierwszy raz od niepamiętnego czasu. Zaczął chodzić w kółko coraz szybciej, żwawiej stawiając kroki. Po chwili znalazł się przy czarnej ławce zrobionej z żeliwnych prętów – kopnął ją z taką siłą, że ogrodowy mebel nagle znalazł się wysoko nad ziemią, zostawiając po sobie jedynie cztery głębokie dziury, gdzie wcześniej wkopane były jego nogi. Zakrył dłońmi twarz, rozmasowując czoło i skronie, czując napływającą falę gorąca. Trudno przychodziło mu pogodzenie się z porażką, tym bardziej, że miał pewność, iż tym razem wszystko szło jak z płatka. Nie chciał pogodzić się z myślą, że to już koniec i jego działania poszły na marne, że Chris to nie żaden potężny yokai, a owładnięty demoniczną siłą gówniarz, który tylko dobrze się maskował.
– Szlag…
Aiden wrócił na dziedziniec, idąc w kierunku niedużej okrągłej fontanny oddzielającej dom i ogród. Usiadł na płycie wieńczącej obmurowanie otaczające fontannę i wsłuchiwał się w wodę spływającą po krzywiznach wyrzeźbionych w marmurze figur. Smukłymi palcami gładził chropowatą powierzchnię muru, co chwilę stukając w niego opuszkami. Choć dźwięk uderzania paznokci o kamienną powierzchnię zagłuszały wodne pluski, miał wrażenie, że słyszał każe z puknięć. Minęło trochę czasu, nim na dobre oswoił się z niepowodzeniem.
– Nad czym się tak zastanawiasz?
Aiden pogrążony w swoich myślach nawet nie zwrócił uwagi na to, że ktoś do niego dołączył. Spojrzał w kierunku, z którego dobiegło go pytanie i zobaczył Alexa opartego o brudny od zwęglonych szczątków pogrzebacz. Chwilę mierzył go spojrzeniem, wątpiąc w to, by ktokolwiek wyrwał się spod zakazu i powiedział mu coś na temat tego, co wydarzyło się paręnaście godzin wcześniej.
– Powiedz Lence, że jak tylko Warren się obudzi, chcę się z nim widzieć. Niech go do mnie przyprowadzi.
Alex kiwnął głową, choć mógł się jedynie zastanawiać nad tym, o czym będą dyskutować.
– Coś jeszcze? – zapytał, nie okazując żadnego entuzjazmu.
– W sumie tak. Będziesz mi asystować podczas tej rozmowy, bo jest kilka rzeczy, które trzeba wyjaśnić. Nikomu o tym nie mów – odparł Aiden, wiedząc, że najwyższy czas na to, by przedstawić koledze kilka faktów.
– Jasne, nie ma sprawy! – Alex wyraźnie się ożywił. Tego właśnie chciał: by w końcu ktoś mu powiedział cokolwiek. – Szefie, mam pytanie…
– Co jest?
– Kim jest Kōra? Poza tym, że przyjacielem Loyeh, rzecz jasna. Wkurzył mnie trochę. Jakoś tak, nie ufam mu.
– Nim się nie przejmuj. Z Lee znają się dłużej niż ona jest z nami, więc logiczne, że mają swoje prywatne sprawy miedzy sobą – powiedział spokojnie Aiden, kierując się z powrotem do domu. Wtem zatrzymał się i na pięcie odwrócił do kuśtykającego za nim Alexa. – Ale od razu cię uprzedzę, żebyś nie palnął żadnej głupoty – zaczął z poważnym tonem. – Uwierz mi na słowo, nie chcesz z nim zadzierać.
– Co to znaczy? Jest aż tak silny czy aż tak bogaty? – Nie ulegało wątpliwości, że w świecie yōkai, by być kimś, należało posiadać jedną z tych cech, albo mieć mocną pięść, albo głęboką kieszeń. Alex przeczuwał, że przyjaciel ich przyjaciółki miał obie te rzeczy, jednak wolał się upewnić.
– Zgadnij… – dodał z uśmiechem Aiden, zdając sobie sprawę z tego, o czym w tamtej chwili myślał jego kolega.

(o)

Chris obudził się w środku nocy, czując ogromne pragnienie. Mógłby odciąć sobie palce za  szklankę wody, pomyślał. Próbował nabrać więcej śliny w usta i połknąć za jednym razem, by jakoś złagodzić wrażenie suchości w gardle, jednak na nic zdały się jego próby. Opuszkiem palca dotknął spierzchniętych ust i języka, który okazał się być szorstki jak papier ścierny.
Podparł się na łokciach i żwawo potrząsnął głową, chcąc sprawdzić, czy  bóle w skroniach już minęły. Ból wstrząsnął jego ciałem. Jęknął, karcąc się w duchu za tak nieroztropny ruch, niemniej jednak zauważył, że po chwili po owym bólu nie było już śladu. Zaryzykował i raz jeszcze pokiwał głową na boki. Poza stukotem strzelających kręgów szyjnych, które musiał rozmasować, nie zauważył żadnych innych objawów. Postanowił wykorzystać ten moment i ruszyć się w końcu z miejsca. Miał dość leżenia, jednak gdy próbował wstać, za pierwszym razem mięśnie jego nóg odmówiły posłuszeństwa i z impetem opadł z powrotem na materac. Szybsze krążenie krwi poczuł momentalnie w postaci mrowienia skupiającego się głównie w okolicy ud i stóp. Leżał chwilę, starając się nie poruszyć. Miał nadzieję, że to niemiłe uczucie szybko się skończy. Kilka minut później ponownie spróbował wstać i tym razem udało mu się to bez problemów. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojego ubrania, jednak nigdzie nie mógł go znaleźć, chwycił więc za leżącą na fotelu obok narzutę łóżka, którą zarzucił sobie na plecy, owijając się szczelnie jej połami. Już miał ruszać w poszukiwaniu kuchni, kiedy usłyszał kroki na zewnątrz, a po chwili drzwi do jego pokoju otworzyły się.
– Lena?! – powiedział zaskoczony, widząc dziewczynę o tak późnej porze. Zastanawiał się, po co przyszła, ale zanim zdołał wydusić z siebie coś jeszcze, brunetka rzuciła w jego stronę lniany worek na bieliznę. Wewnątrz znalazł swoje ciuchy, wyprane i, mimo iż były zwinięte w kłębek, nie wyglądały na bardzo pogniecione. Ocenił na tyle, na ile pozwalały mu smugi księżycowego światła wdzierające się do sypialni przez nieosłonięte okna.
– Ubieraj się i chodź. Czekam na zewnątrz – powiedziała Lena, zamykając za sobą drzwi. Chłopak niewiele z tego zrozumiał, ale wykonał polecenie. Po chwili dołączył do niej.
– Fajna sukienka – powiedział po chwili niezręcznej ciszy, podczas której prowadziła go przez dość pokrętną sieć korytarzy. Warren był zaskoczony tym, jak duży był to dom, bo szli już jakiś czas, a każde z mijanych miejsc wyglądało inaczej niż poprzednie. Po chwili znaleźli się przed dużymi dwuskrzydłowymi drzwiami.
– Odwróć się, zamknij oczy i odlicz od dziesięciu do zera. Jak to zrobisz, wejdź do środka i stań na środku – poleciła mu dziewczyna, a on nadal niewiele potrafił z tego zrozumieć. Sądził, że to jakaś gra. Pomyślał, że to coś w rodzaju inicjacji i chyba był bliski tego, by zasilić szeregi dziwnego stowarzyszenia. – Nie bój się, wszystko będzie dobrze – dodała Lena, choć wyraz jej twarzy nie przedstawiał już takiego przekonania. Uśmiechnęła się, próbując rozluźnić nieco atmosferę. Chwyciła go za ramiona, czym nakłoniła go, by obrócił się plecami.
– I co teraz?
– Licz.
– No, dobra! Dziesięć, dziewięć, osiem…

(o)

– Co jest? – zapytał zaraz po wejściu do pomieszczenia, w którym zebrali się, jak sądził, wszyscy domownicy.
Stanął we wskazanym miejscu pośrodku, zupełnie nie zważając na to, że ci zaczęli go okrążać. Z początku sądził, że to jakiś rodzaj inicjacji. Słyszał już wiele historii i widział sporo durnych filmów o studentach i tym, co może wydarzyć się podczas ceremonii przyjęcia do bractwa. Istotnym jest, że poniekąd znał tych ludzi jakiś czas i wiedział, jak bardzo są dziwni. Mógł sobie jedynie wyobrazić to, na jak głupi pomysł potrafiliby wpaść po wspólnej burzy mózgów.
Spoglądał na kolegów ubranych w czarne szaty… Dopiero po chwili zorientował się, że to nie były sukienki, tylko togi. Na ich twarzach spoczywały zaś białe maski w kształcie obłych kocich łbów z wymalowanymi na czerwono brwiami przypominającymi leżące poziomo przecinki, trójkątnymi nosami i owalnymi plamkami w kącikach ust, które z kolei, w jego mniemaniu, wyglądały jak krwawe zacieki. Sam nie wiedział, jak akurat to porównanie trafiło do jego głowy. Zaśmiał się pod nosem, dostrzegając poważne wyrazy humanoidalnych, sztucznych twarzy. Po chwili jeden z członków zgromadzenia, który stał za nim – wtedy też zauważył, że znajdował się pośrodku okręgu – przesunął nieco swoją maskę ku górze, odsłaniając usta. Wargi zaciśnięte w cienką linię, bez cienia uśmiechu.
Sądząc po otaczającej go wokół grobowej aurze, spodziewał się niezłej zabawy. Wszyscy świetnie odnajdowali się w przyjętych przez siebie rolach, więc i on postanowił zacząć grać.
– Kim jesteś? – Inny mężczyzna, który wcześniej stał naprzeciwko chłopaka, wyszedł na środek, zatrzymując się tuż przed jego twarzą. Przemówił głosem o gardłowym tonie. Warren wpatrywał się w niego, a jednak nie mógł go rozpoznać, a przecież zdążył już zaznajomić się, jak przynajmniej sądził, z każdym w tym towarzystwie.
– Eee… Chris – odkrzyknął, dostosowując swoją tonację do przedmówcy, ażeby wyglądało to bardziej dramatycznie. Podobała mu się ta gra i pełen ekscytacji zastanawiał się, dokąd go to zaprowadzi.
– Podaj swoją nazwę. – Ktoś z tłumu powtórzył, ale nie bardzo wiedział, co zrobił źle, jeśli w ogóle… Chwilę się zastanawiał i doszedł do wniosku, że może należało podać pełne nazwisko.
– Nazywam się Christoph Warren! – powtórzył z determinacją.
– Prawdziwe imię! – Mężczyzna przed nim rzucił głośniej, plując mu w twarz.
Przyjrzał się tłumowi z zaskoczeniem, stwierdzając coś, czego wcześniej nie zauważył. Malowane maski na twarzach zebranych wyrażały różne emocje. Niektóre spoglądały na niego złowieszczo, co mu się wcale nie podobało, inne miały uśmiechnięte pyszczki, ale nie były to radosne minki, a raczej grymasy niezadowolenia lub może rozdrażnienia? Nie wiedział, jak to określić. 
Od tyłu do jego uszu dochodziły dziwne dźwięki przypominające szuranie. Ludzie przed nim przestępowali z jednej nogi na drugą w taki sposób, że sznury, którymi byli obwiązani w taliach, jak paskami, gibały się niczym wahadełko w metronomie.
– Yo-ru-ya-mi… – Słowo to wypadło z jego ust. Oddzielił od siebie każdą z sylab, choć nie do końca pewny był tego, skąd ta nazwa wzięła się w jego głowie. Odruchowo zakrył dłońmi usta, bo wcale nie chciał powiedzieć czegoś takiego!
– Rozkazuję ci wyjść, Yoruyami! – Usłyszał za sobą kobiecy głos. Przynajmniej sądził, że wysoki ton należał do kobiety. Na kilka sekund w jego głowie zaistniała myśl, że to mogła być Lee. Obracał głową we wszystkie strony, próbując namierzyć Lenę, jednak na nic zdały się jego próby.
Zebrani wokół zacieśnili krąg i zamiast gibać się na boki, zaczęli ruszać ciałami do środka i z powrotem. Niektórzy w rękach trzymali łańcuchy, na końcach których wisiały świecące klosze. Światła w rytm ruchów ciał wychylały się w przód i w tył, a gdy do jego nosa dotarł dziwny ziołowy zapach, zauważył, że to nie lampy, a podpalone kadzidła.
Po chwili poczuł dziwne swędzenie w gardle. Odchrząknął kilkakrotnie, ale nic to nie dawało, nie mógł się pozbyć drapania wewnątrz swojego ciała, które bardzo szybko się rozprzestrzeniało. Zorientował się, że dziwny pył unoszący się w powietrzu wydobywał się z owych trybularzy, a członkowie zgromadzenia, którzy operowali łańcuchami, nie mieli najmniejszego zamiaru przestać nimi wymachiwać w jego kierunku.
W poświacie, jaką rzucały te dziwne, blaszane lampiony, zauważył wirujące w powietrzu drobinki czegoś… Fusy. Szybko doszedł do tego, że to przez nie czuł się tak niedobrze. Zebrał się w sobie, łapiąc głębszy oddech i spróbował przedrzeć się przez żywą zaporę, ale okrąg był jak mur trudny do sforsowania. Ktoś odepchnął go, sprowadzając z powrotem na środek. Christoph poczuł senność. Jego powieki zaczęły niebezpiecznie i w dziwny, niekontrolowany sposób przybierać na wadze. Po krótkiej chwili nie miał już siły utrzymywać ich w górze. Stały się za ciężkie. Zatoczył się i upadł na kolana. Usiadł na łydkach, podtrzymując się opartymi o podłogę rękoma. Czuł, jak jego ciało chwieje się w tę i we w tę. Nie minęła minuta, a chłopak osunął się na ziemię, całkowicie zapominając o pyle drażniącym śluzówkę nosa i gardło. Zamknął oczy, a ostatnim, co zapamiętał, była złowieszczo uśmiechająca się twarz, wymalowana na białej masce.

5 komentarzy:

  1. Lee to ciekawa osoba skrywająca wiele tajemnic. w ogóle w tym bractwie chyba tak jest. Aiden tez z jakichś powodów nie chciał, by ktokolwiek prócz Alexa towarzyszył w jego rozmowie z Chrisem (której chyba nie pokazaleś... no ale, mam nadzieję, że może w retrospekcjach się to stanie). Wydawało mi się, że powinni oni bardziej sobie ufać, ale z drugiej strony mam wrażenie, że kazdy z demonów jest w jakim stopniu indywidualistą. W tej wersji Aiden wydaje sie bardziej emocjonalny, a Alex bardziej ogarnięty niż w poprzedniej, zobaczymy, jak będzie dalej. Opis inicjacji, przypominający koszmar, opisałęs bardzo dobrze, podobało misię, jak z ust Chrisa jego "prawdziwe imię" wypłynęło praktycznie samo. Udało Ci się świetnie oddać atomosferę grozy, tajemnicy i w jakimś stopniu pewnej groteski; super! z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy i zapraszam na nowość do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Lee i Korze (mojej fejwrit postaci) będzie więcej pod koniec i w drugiej części opowiadania. Ich historia jest znacznie dłuższa niż kogokolwiek innego, co będzie wyjaśniane, bo pewien wątek z przeszłości Lee mocno wiąże się z Aidenem i jego tajemniczym planem. Aleca postanowiłem uspokoić, ale nie znaczy to, że chwila emocji na niego w ogóle nie czeka :D

      W zasadzie, pierwsza część tego opowiadania to takie preludium do tego, co ma się wydarzyć. Chciałem mniej więcej zarysować sytuację z prologu - ta "inicjacja" wydarzyła się już na początku opowiadania, tylko że tam była wybiegiem w przyszłość. To, co wydarzyło się do tej pory, miało pokazać jak doszło do różnych rzeczy.

      Druga część będzie bardziej logiczna, bo w niej nie będzie ani typowych retrospekcji, ani wybiegania w przyszłość. W prologu została jeszcze jedna sytuacja, która zostanie omówiona w II części opowiadania, ale nie planuje do tego żadnego "grubszego" wspominania :D

      Mam nadzieję, że jakoś stało się to jaśniejsze - wiem, że nie pytałaś, ale wydało mi się na miejscu, by streścić swój zamysł :D

      Do ciebie wpadnę pod wieczór. Właśnie podczas spamowania, zauważyłem, że miałaś 95% rozdziału (albo 97%) i tylko czekałem na to, kiedy się pojawi informacja. Miło, że tak prędko :D

      Usuń
  2. Ostatni fragment był interesujący. Mam tylko jedno pytanie. Kiedy Chris zdołał poznać każdą z osób w stowarzyszeniu? Mam wrażenie, że mi to umknęło.
    Lubię czytać fragmenty z punktu widzenia chłopaka i mam nadzieję na więcej.
    Jestem ciekawa, czy Aiden miał rację mówiąc, że Chris nie jest żadnym potężnym youkai. Może się myli?
    Pragnę odpowiedzi.
    Pozdrawiam ;)
    Carmille

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grono tych, którzy mieszkają u Aidena, wcale nie jest duże. Pisząc o tym, że Chris zdążył ich poznać, miałem na myśli to, że się z nimi spotkał, chociaż raz (twarzą w twarz) i do pewnego stopnia znał ich zwyczaje. Nie ukrywam, że w opowiadaniu jest sporo rzeczy między wierszami, których nie poruszam.

      Kolejny dwa rozdziały to będzie coś dla ciebie, bo będzie tam wyjątkowo dużo Chrisa. Na ostatnie z twoich pytań również znajdzie się (częściowa) odpowiedź w najbliższych rozdziałach, dlatego namawiam na wpadanie :)

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. Czekam więc z niecierpliwością na następny rozdział ;)
      Także pozdrawiam :3
      Catharnach a.k.a. Carmille Liberty (zmieniłam gmailową nazwę ;3).

      Usuń